niedziela, 7 stycznia 2018

The Flaws In Park Chanyeol [10/10]

13 komentarzy // Dodaj komentarz (+)
tytuł rozdziału: Dziesięć |oryginał: Ten
rating: PG-13
Chanyeol był pochylony nad ciałem Baekhyuna, trzymał go blisko, jakby robienie tego miało zatrzymać ciepło w ciele Baekhyuna, które powoli uciekało. Z jakiegoś powodu mężczyźni zdawali się czuć współczucie, ponieważ nikt go jeszcze nie zabił. A może nawet nie widzieli, że Baekhyun zamknął oczy.
Nagle usłyszał krzyki z zewnątrz oraz wiele uderzeń, jakby toczyła się bójka. Chanyeol nie podniósłby głowy, gdyby nie przysiągł, że usłyszał głos Chena. Zamrugał. Wyglądało na to, że nie tylko on to usłyszał. Dwaj mężczyźni wahali się, byli rozdarci między chęcią zabicia Chanyeola a chęcią wyjścia na zewnątrz i sprawdzenia, co się, do licha, dzieje. Znajdując nadzieję w tym, że może uda mu się zawieźć Baekhyuna do szpitala, Chanyeol pochylił się bliżej, przyciskając usta do nieruszających się ust Baekhyuna.
– Baek, nie mów tak… – zaskomlał Chanyeol. – Jeszcze nie jesteś martwy… Jeszcze nie jesteś martwy… Więc nie mów takich rzeczy… – Udawał, że głośno płacze. Wyglądało na to, że podjęli decyzję, bo w końcu Joo Sung naprawdę powiedział im, żeby zabili Chanyeola po śmierci Baekhyuna, więc wszyscy wybiegli na zewnątrz.
Nigdy im się to nie udało.
Chanyeol nie widział kto, lecz naprawdę zobaczył długą rzecz w kształcie kija, która uderzyła mężczyznę w głowę i ten upadł na podłogę. Zanim inni mężczyźni w ogóle zrozumieli, co się dzieje, do środka weszli nowi ludzie, trzymając kije, torby, a nawet buty. Kiedy wszyscy mężczyźni zostali powaleni, Chanyeol w końcu zobaczył kim on jest.
A raczej kim oni są.
Jego przyjaciele.
– Chłopaki… – wyszeptał Chanyeol, wstając na drżących nogach. Chen uśmiechał się do niego szeroko i zwycięsko…
…dopóki nie zobaczył, kto jest w ramionach Chanyeola.
– Cholera! – zaklął. Wszyscy odwrócili się do Chena, a potem do Chanyeola, szeroko otwierając oczy.
– Cholera! – zaklęło dziesięć innych osób.
– Niech ktoś zadzwoni do szpitala! – Jungsoo pojawił się obok Chanyeola, był spocony, ale cały i zaoferował, że to on w zamian potrzyma Baekhyuna. Zmęczony i wyczerpany Chanyeol przekazał mu go. I tak nie był pewien, czy jest w stanie dłużej trzymać bezpiecznie Baekhyuna. Gdy Baekhyun znalazł się w jego ramionach, Jungsoo pospiesznie wyszedł, kilka osób podążyło za nim.
– Chodźcie! – ktoś syknął i kilka osób chwyciło Chanyeola, podnosząc go. Jego pole widzenia rozpływało się. Teraz, kiedy jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo i nie widział już śmierci, ciężar ranionego Baekhyuna… umierającego Baekhyuna… uderzył go mocniej niż kiedykolwiek.
– Niech ktoś go przytrzyma! – ktoś krzyknął. Więcej rąk go wsparło, wyciągając go z tego miejsca. Zobaczył dziwnie wyglądających mężczyzn gapiących się na nich, kiedy opuszczali chatkę i odepchnął od siebie wszystkie ręce.
– Chcecie się bić?! HĘ?! – krzyknął Chanyeol, zwijając dłonie w pięści. Już się nie bał. Baekhyun został zraniony i umierał przez tych ludzi. – Będę się z wami, kurwa, bił, chodźcie! – Te same dłonie wyciągnęły się i złapały go, znów go ciągnąc.
– To ludzie Baeka – ktoś miękko wyszeptał do jego ucha. – Chodź, zabierzemy cię stąd. – Chanyeol nawet nie miał czasu, by zarejestrować, co się dzieje, zanim wciągnęli go do auta. W tamtej chwili wszystko zwaliło się na niego i ukrył swą twarz w dłoniach.
– Baek… – zaszlochał, nie przejmując się tym, kto tu jest i kto na niego patrzy. – Baek…
– Wszystko będzie z nim dobrze – powiedział ktoś łagodnie, pocieszająco głaszcząc go po plecach. Chanyeol nigdy tego nie zapomni – głośnego BUM!, które mogło zniszczyć jego słuch i było tym, co, w jego mniemaniu, mogło zniszczyć jego świat, ale w zamian zniszczyło całe jego jestestwo.
Nigdy nie będzie mógł zapomnieć, jak blady był Baekhyun, jak świeża krew bez przerwy wypływała i nie przestawała, a Chanyeol nie wiedział, jak ją zatamować. Nigdy nie będzie w stanie zapomnieć, jak Baekhyun ścisnął jego dłoń, jego uścisk był tak słaby i łatwo mógł się z niego wyplątać. Nigdy nie będzie potrafił zapomnieć sposobu, w jaki Baekhyun uśmiechał się, jego bezbarwne usta wystraszyły Chanyeola bardziej niż Joo Sung mierzący do niego z broni. Nigdy nie będzie mógł zapomnieć sposobu, w jaki Baekhyun na niego patrzył, oczami tak żywymi i delikatnymi, pełnymi miłości, której zawsze chciał.
Baekhyun nawet jeszcze mu tego nie powiedział.
Łzy wypłynęły z jego oczu i skapnęły na jego dłonie, mieszając się z krwią Baekhyuna, Nie chciał o tym myśleć, o tym, jak może wyglądać jego przyszłość, jeśli Baekhyun zniknie z jego życia, ponieważ Baekhyun wtargnął w nie tak nagle, że trudno było na powrót go stamtąd wypchnąć. To tak, jakby Baekhyun wszedł do jego serca i wybrał miejsce, z którego Chanyeol nigdy nie będzie mógł go wymazać… Może to dlatego, że Byun Baekhyun był w całym jego sercu.
To dziwne, jak silna jest miłość, jak łatwo może cię do kogoś przywiązać, tak, że torturą jest, kiedy ty i ta osoba jesteście rozdzieleni. Chanyeol odczuł to na wielu poziomach. Czuł to tak intensywnie, ponieważ teraz odtwarzał Baekhyuna we wszystkich myślach i nie sądził, by te kiedykolwiek zniknęły.
Już go to nie obchodziło. Nie obchodziło go nawet to, czy pójdzie do więzienia, ponieważ został oskarżony o kradzież czyjejś tożsamości. Nie przejmował się nawet tym, że zostanie posadzony wraz z tymi kryminalistami, którzy krzywdzili innych i wyrządzali im zło. Nie obchodziło go nic. Chciał tylko, by Baekhyun był bezpieczny. Chciał jedynie, by Baekhyun przeżył.
Uśmiech Baekhyuna, jego śmiech, uśmieszek, jego grymas, głos, jego zmrużone oczy, jego nos, palce… wszystko Baekhyun, Baekhyun, Baekhyun wciąż odtwarzało się w jego głowie, jaskrawe i wyraźne, ale niedotykalne.
I był przerażony, że Baekhyun stanie się tylko wspomnieniem.








Joo Sung czekał kilka godzin.
Trochę się niecierpliwił, ale wiedział, że to czekanie jest niczym w porównaniu do tego, jak długo musiał udawać i organizować wszystko przez ostatnie miesiące – a nawet lata. Czekał na tę chwilę, więc jeszcze chwila czekania nic nie znaczyła.
Właśnie wtedy zadzwonił telefon.
Odebrał. Spokojny wyraz jego twarzy zamienił się w ten wściekły.
– Co?! – krzyknął w pustej, wielkiej poczekalni. – Uciekł? Jak wy, kurwa… Wy idioci, wszyscy! – Po tym wyłączył telefon, odwrócił się do mężczyzny, którego przyprowadził ze sobą na tę okazję.
– Daj mi jego zdjęcie. Oszusta – wypalił Joo Sung, a mężczyzna wzdrygnął się, zanim zajrzał do torby, którą trzymał. W końcu wyjął je i podał Joo Sungowi. Joo Sung znowu się uśmiechnął, jego humor powrócił, kiedy wpatrywał się w zdjęcie Chanyeola z tego semestru w college’u.
Może może sprawić, żeby lokaj zabił dla niego Chanyeola.
Tak czy inaczej, zemści się.
– Proszę pana? – Kobieta otworzyła drzwi i zajrzała. Joo Sung natychmiast się wyprostował, posyłając czarujący uśmiech. – Proszę wejść.
Wszedł z pewnością siebie i gracją, zostawił swojego człowieka. W końcu zamierzał odzyskać sławę samodzielnie. Nikt nie miał go powstrzymać.
Kiedy wszedł, zobaczył mężczyznę, z którym miał się zobaczyć już od dawna. Lee Mansu. Mężczyzna miał w oczach łagodny wyraz, gdy stał przed biurkiem, przy którym pracował. Joo Sung stał po drugiej stronie, zauważając z chciwością w oczach, jak wielu ludzi miał Lee Mansu. Zdawało się, że co najmniej dziesięciu mężczyzn stało przy dwóch długich ścianach, a Joo Sung patrzył, jak kobieta podchodzi do Lee Mansu i staje za nim, była skromna i pochylała głowę. Oblizał wargi. To będzie miał od tej pory.
– Miło mi cię poznać – powiedział lokaj z zaciekawieniem w oczach, wyciągając rękę. Joo Sung podszedł do niego i zamiast uścisnąć mu rękę, podał mu łańcuszek.
– Tego pan szuka, prawda? – zapytał Joo Sung. – W końcu to jedyna rzecz, która mi została, kiedy znaleźli mnie rodzice.
– Tak… – Oczy lokaja rozszerzyły się, kiedy patrzył w łańcuszek. Srebro błyszczało w żółtym świetle padającym z sufitu, a Joo Sung z pewnością siebie uśmiechnął się, podczas gdy Lee Mansu badał łańcuszek. – To… ten prawdziwy.
– Oczywiście, że tak – powiedział Joo Sung, robiąc wszystko co w jego mocy, by nie przewrócić oczami. – W końcu ja jestem prawdziwym Park Chanyeolem.
– Hm… – Lokaj spojrzał teraz na niego z większym zainteresowaniem w oczach. Wpatrywał się w Joo Sunga, przyglądając się jego twarzy. – Zdajesz się mieć uśmiech pana… i nos pani… jesteś bardzo podobny do swoich rodziców – wyszeptał. Joo Sung uśmiechnął się z wyższością. Wszystko zgodnie z planem. W końcu dostanie dokładnie to, czego chce.
– Był ktoś… kto próbował podszyć się pode mnie – powiedział Joo Sung. – Chciał zdobyć moje pieniądze, ale nie pozwoliłem mu zrujnować reputacji mojej rodziny. – Oczy lokaja znacznie pociemniały.
– Kto to, chłopcze? Pokaż mi, a go zabiję. – Joo Sung znów uśmiechnął się z wyższością. Wszystko przebiegało doskonale. Nie miał innego wyjścia. Wyjął zdjęcie z kieszeni i podał je lokajowi. Lokaj wziął je, przypatrując mu się uważnie.
– Ten chłopak. To on był tym-
BUM!
Joo Sung zamrugał, upadając na kolana, kula trafiła go w ramię. Nagle wszyscy ochroniarze, którzy wcześniej byli przyklejeni do ścian, podeszli do przodu, przystawiając lufy do jego głowy. Spojrzał przed siebie. Kobieta, która wcześniej go wezwała, miała w ręce broń, dym wydobył się z lufy.
Kiedy odważył się podnieść wzrok, Lee Mansu wpatrywał się w niego z morderczym wyrazem w oczach.








Prawie dwadzieścia dwa lata temu
Złoci Parkowie dochodzili do sławy, stając się jedną z najpopularniejszych marek w Korei i dochodzili do sławy na całym świecie. To zawsze było marzeniem Minji, tak jak i jej męża. Oboje byli sierotami, interesowali się metalami i jak one działały, a także lubili tworzyć różne projekty tego, jak może wyglądać biżuteria. Mieli wiele pomysłów przez dzieciństwo i młodość. Spędzili wiele czasu, inwestując w kreowanie nowych pomysłów i myśląc, jak stworzyć biżuterię, że aż całkiem porzucili szkołę tylko po to, by skupić się na swoim marzeniu.
Byli szczęściarzami.
Po kilku małych cudach i nieumierającym uporze w końcu wypuścili na rynek swój produkt. Dzięki unikatowemu kształtowi i wykorzystaniu jedynie srebra (lub stopów złożonych ze srebra i wielu bogatych metali), szybko się rozrośli i wielu ludzi się nimi zainteresowało.
Ale ludzie byli zazdrośni. Mieli wielu wrogów z wielu powodów. Po pierwsze nie mieli zaplecza finansowego i… nie mieli żadnego tła rodzinnego. Zawsze byli promowani jak Złoci Kochankowie. Byli ludźmi, którzy nie mieli nic, ale stworzyli z tego wszystko.
Park Minji nigdy nie dowiedziała się, kim byli ci, którzy chcieli ich śmierci. Wszystko, co wiedziała, to to, że musi chronić syna.
Ledwie dwumiesięczne maleństwo niosła przez śnieg po tym, jak zobaczyła, że jej przyjaciel z dzieciństwa, jej jedyny towarzysz, jej mąż i ojciec dziecka został zadźgany. Uciekła, zamiast poddać się, by towarzyszyć swojej dozgonnej bratniej duszy, ponieważ synek w jej ramionach znaczył dla niej bardzo wiele. Została zdradzona albo przez kolegów, albo przez ludzi z filii, albo nawet przez własnych przyjaciół, nie wiedziała przez kogo, ale zawsze była jedna osoba, której nieustannie ufała.
Zamarzając na śmierć, jedynie przytuliła Chanyeola mocniej do siebie, mając nadzieję, że nie poczuje bólu i dreszczy, które ona czuła, a jeśli poczuje, to miała nadzieję, że nigdy nie będzie tego pamiętał.
– Są tu, by mnie zamordować – wyszeptała, kiedy Lee Mansu wyszedł z domu, wyglądał na rozczochranego, ale zmartwionego. Jej policzki były poplamione jej łzami i miała ochotę się załamać, ale musiała go chronić. – Jimin… już odszedł…
– Ja-
– Nie – wtrąciła Minji. – Nie możesz. Znajdą cię.
– Nie obchodzi mnie to, ja-
– Mogą nie wiedzieć, że żyje – wyszeptała Minji. – Ukryję się, ale mogę nie przetrwać. Jeśli tak się stanie, chcę, byś pozbył się ludzi, którzy chcą Złotych Parków. Chcę, byś zatroszczył się o Złotych Parków. Pokazaliśmy ci, jak wszystko tworzymy. A kiedy się ich pozbędziesz, znajdź Chanyeola. – Minji rozejrzała się gorączkowo. – Zajmij się też sobą. Twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze. – Wstała i skierowała się do drzwi. – Muszę iść.
– Zaczekaj! – Złapał ją za ramię. – Czy powiesz mi, gdzie go umieścisz?
– Nie. – Minji uśmiechnęła się smutno. – Wiem, że go znajdziesz, ale nie chcę, byś wiedział na wypadek, gdyby dowiedzieli się o Chanyeolu i torturowali cię. – Potem wyszła.
Biegła przez śnieg i robiła tak przez wiele godzin, bała się, że zbyt szybko ją dogonią. W końcu jej instynkt nią zawładnął i natrafiła na cichą uliczkę.
Nie mogę dłużej czekać. Pomyślała sobie, ukrywając się w cieniu, próbowała natrafić na cud. Muszę go ukryć. Teraz.
I cud się zdarzył.
Niska kobieta otworzyła drzwi ze stosem koców, za nią szła mała dziewczynka, nie miała więcej niż pięć lat. Śmiały się, otwierając kosz i wrzucając wszystkie koce do środka. Potem kobieta odwróciła się i podniosła dziewczynkę, pozwalając jej samej wyrzucić koce. Później, śmiejąc się i śpiewając rymowanki, wróciły do środka, zatrzaskując drzwi.
Jestem pewna, że będą dla niego dobrzy. Zdecydowała Minji, modląc cię, żeby miała rację. Kiedy była pewna, że nikogo innego nie ma na ulicy, podeszła na palcach i otworzyła kosz.
– Cokolwiek się stanie… – wyszeptała, całując Chanyeola w nos. – Cokolwiek się stanie, chcę, żebyś był szczęśliwy i chcę, byś wiedział, że mamusia i tatuś cię kochają… – Ze łzami w oczach położyła Chanyeola. Z jakiegoś powodu ciężej jej było rozstać się z nim niż z własnym mężem, ale musiała to zrobić. Patrzyła, jak łańcuszek błyszczy w świetle ulicznych lamp, patrzyła, jak kawałek papieru leży niewinnie na piersi jej synka. Miała nadzieję, że wie. Miała nadzieję, że pewnego dnia, kiedy będzie szukał swojego tła rodzinnego, zacznie od wskazówki, którą dla niego miała.
Park Chanyeol, z najbardziej wyjątkowymi uszami na świecie.”
Tej nocy Park Minji została zamordowana poprzez dźgnięcie cztery razy w klatkę piersiową.
A potem ich ciała spaliły się na wiór w małym domku wiejskim, który wynajęli na wakacje.








Skąd będę wiedział, kim on jest? Co jeśli… Co jeśli znajdę niewłaściwą osobę? – Mansu wyglądał na zmartwionego. Minji uśmiechnęła się.
Będziesz wiedział – powiedziała cicho.
W tamtej chwili, kiedy Mansu spojrzał w zawiniątko z małym, ledwie dwumiesięcznym chłopcem, nie chodziło tu o ładny srebrny łańcuszek, który zobaczył zapięty na krótkiej szyi.
Zobaczył te sterczące uszy, odstające jak obolały kciuk.
Tak jak u jego rodziców.








– Masz wszystkie cechy – powiedział Lee Mansu, spoglądając na oszusta przed sobą. – Poza tą najważniejszą.
– Co, do kurwy? – warknął Joo Sung, jego oczy błysnęły wściekłością, nawet kiedy trzymał się za pierś. Wszyscy ochroniarze przystawili mu broń do głowy, trzymając go na podłodze. Drżał gwałtownie ze strachu, nawet jeśli udawał, że jest spokojny. Żałosna scena.
– Te uszy, kłamco – powiedział opanowany Lee Mansu. – Nigdy nie miałeś tych uszu.
Joo Sung krzyknął z wściekłością.
– Próbowałeś skrzywdzić pana Chanyeola, prawda? – Oczy Lee Mansu wyglądały przerażająco i groźnie. – Próbowałeś zająć jego miejsce?
– Oczywiście, że tak – krzyknął Joo Sung. – On nie ma nic. Nigdy nic nie miał. Jeśli przyjmiesz mnie, uczynię Złotych Parków jeszcze lepszymi niż kiedykolwiek wcześniej. Park Chanyeol nie ma nic, jest tylko głupim, biednym chłopcem, który nigdy nie myśli o konsekwencjach! – W tamtej chwili Lee Mansu wyjął broń, przycisnął ją do nosa Joo Sunga. Joo Sung natychmiast przestał mówić, drżał gwałtownie, tchórząc. Strach był wyraźny w jego oczach, a im dłużej Mansu na niego patrzył, tym mniej wyglądał jak Park Jimin i Park Minji.
Tylko oszust.
– Zabrać go – powiedział Lee Mansu, cofając broń, a potem odwrócił się do nich. Słysząc stłumione krzyki furii Joo Sunga, otworzył dłoń i wpatrywał się w zdjęcie, które tam było. Uśmiechnął się. Park Chanyeol naprawdę miał uszy swoich rodziców. – Posiedzi w więzieniu przez długi, długi czas.








Kilka tygodni wcześniej
– Jaki masz dowód na to, że jesteś Park Chan-
– Nie jestem – odpowiedział mężczyzna stojący przed Lee Mansu. Mansu zamrugał z zaskoczenia.
– Hę?
– Nie jestem Park Chanyeolem – powiedział. – Jestem kimś innym.
– To dlaczego-
– Ta wyjątkowa rzecz, której pan szuka… – Zdawało się, że urok wypływa z tego mężczyzny, kiedy przechadzał się z gracją. – To nic kosztownego, prawda? – Kiedy podszedł bliżej i położył dłoń na biurku, nie zobaczył smukłych palców rozcapierzonych na drogim drewnie, ujrzał wyraz jego oczu.
– Szuka pan uszu. – Oczy Mansu rozszerzyły się w zaskoczeniu.
– Co sprawia, że tak sądzisz? – zapytał.
– Wyszukałem Park Minji i Park Jimina – wyjaśnił Baekhyun. – Widziałem ich zdjęcia. Oboje mają odstające uszy.
– Jesteś bardzo dobry – powiedział Mansu. – Jak ci na imię?
– Byun Baekhyun – rzekł Baekhyun, sięgnął do kieszeni i wyjął telefon. Przesunął ekran kilka razy, nim pokazał go mężczyźnie. – To mężczyzna, którego pan szuka. Nazywa się Park Chanyeol, ma dwadzieścia dwa lata, urodził się dwudziestego siódmego listopada 1992 roku. Powiedział mi, że jest sierotą, jego rodzice porzucili go, gdy miał zaledwie dwa miesiące. Tkwił w koszu pełnym koców, by obcy ludzie się nim zajęli. – Baekhyun przeczesał palcami włosy, próbując przypomnieć sobie coś więcej.
– Och i powiedział, że kiedy został znaleziony, miał na ciele dwie rzeczy. Nie miał nic więcej. Nie miał nawet ubrań. Miał srebrny łańcuszek z kluczem wiolinowym i notatkę. – Baekhyun pochylił się, by spojrzeć Mansu w oczy. – Było tam napisane „Park Chanyeol, z najbardziej wyjątkowymi uszami na świecie”.
Baekhyun na chwilę przestał mówić, pozwalając, by Mansu przyswoił informacje.
– Czy teraz mi pan wierzy? – spytał Baekhyun. Lee Mansu był pod wrażeniem. Z jakiegoś powodu widział upór w oczach chłopaka, silną determinację, której nie dało się złamać.
– Opowiedz mi o szczegółach – powiedział Mansu. Baekhyun natychmiast się w to zagłębił.
– Jest mężczyzna, który próbuje podszyć się pod Chanyeola – odparł Baekhyun. – Jest bardzo podobny do Chanyeola, ale jest od niego przynajmniej sześć lat starszy. Jest znany z poważnych kradzieży z odnoszących sukcesy firm, ma ludzi, którzy go wspierają. Jest bardzo dobry w udawaniu, może pana zranić, jeśli go pan choć trochę obrazi, a tym, co kocha bardziej niż pieniądze, jest zemsta-
– Brzmisz, jakbyś znał go osobiście. – Mansu uniósł pytająco brwi. Twarz Baekhyuna spochmurniała.
– Byłem ofiarą – powiedział cicho. – jeśli sprawdzi pan w Internecie, w 2007 roku finanse firmy Bronze gwałtownie spadły. Jestem synem Byun Kangmina. To była jego robota i była też w tym moja wina. – Mansu podniósł na niego wzrok.
– Ten mężczyzna przyjdzie do pana, kiedy nadejdzie czas. Weźmie od Chanyeola łańcuszek i pokaże go panu, myśląc, że to łańcuszka pan szuka – powiedział Baekhyun. – Jest oszustem. Niech pan mu nie ufa.
– Oczywiście – odpowiedział gładko Mansu. Baekhyun zamrugał na niego zaskoczony. – Przewinęło się tu wielu oszustów i kryminalistów. W końcu to ja pozbyłem się ludzi, którzy chcieli zabić rodzinę Park.
– Państwo Park zostali zdradzeni przez swoich sojuszników. Chcieli, by ich firma rozkwitła, ale zawsze pozostawali w cieniu Złotych Parków. Mordercy byli zwykłymi ludźmi, którzy zostali wysłani, by ich zabić. – Oczy Mansu błysnęły. – Znalazłem ich wszystkich. Albo ich zabiłem, albo posłałem ich do więzienia. Ze wszystkimi zdrajcami i kłamcami zrobię to samo. – Wpatrywał się w Baekhyuna, ale Baekhyun patrzył na niego równie intensywnie bez cienia strachu w oczach. – Dlaczego sądzisz, że szukam pana dopiero teraz? To dlatego, że teraz jest bezpieczny i nie będzie więcej osób, które będą usiłowały go skrzywdzić.
– Ten mężczyzna chce ukraść tożsamość Chanyeola – powiedział Baekhyuna. – Nie pozwolę mu. Chciałem tylko, by pan wiedział. – Potem odwrócił się i zamaszystym krokiem skierował się do drzwi.
– Zaczekaj – zawołał Mansu. Baekhyun zatrzymał się. – Pozwól mu przyjść. Sam się z nim rozprawię. – Baekhyun odwrócił się, a Mansu posłał mu uśmiech.
– Nie odpuszczę nikomu, kto waży się skrzywdzić mojego pana.








Dotarli do szpitala, cała dwunastka stłoczyła się na zewnątrz, podczas gdy Baekhyun został odwieziony na izbę przyjęć. Później Jungsoo wyszedł, mówiąc, że ma sprawy do załatwienia. Kilka godzin później Baekhyun nadal tam był, a wszyscy jego przyjaciele albo zasnęli z wyczerpania, albo poszli, by ktoś zajął się ich obrażeniami.
To były chwile, których Chanyeol nigdy nie będzie w stanie opisać. To chwila życia i śmierci i choć Chanyeol słyszał to tak wiele razy, że uważał, że to banalne, nigdy nie było prawdziwsze niż w tamtym momencie. Był tam, czekając na koniec, który mógł okazać się cudem albo okropieństwem i nieszczęściem. Był tam, czekał na odpowiedź, szansa nadziei, którą czuł, zaczynała zanikać, im więcej czasu upływało. Jego przyjaciele nie powiedzieli nic na ten temat i próbowali przekonać Chanyeola (i siebie), że z Baekhyunem wszystko będzie dobrze, ale Chanyeol za bardzo się bał, by tak myśleć. Za bardzo się bał, że zostanie zawiedziony, zraniony i zdruzgotany.
Nigdy wcześniej tak bardzo się nie bał.
Każda minuta była jak godzina, każda godzina była jak rok. Jak długo jeszcze musiał czekać?
W końcu światło na szyldzie zgasło. Chanyeol wstał na drżących nogach i z zapartym tchem, kręciło mu się w głowie, kiedy zatoczył się do przodu i czekał. Niedługo potem wyszedł lekarz, rozejrzał się i jego wzrok spoczął na Chanyeolu.
– Z twoim przyjacielem wszystko będzie dobrze – powiedział łagodnie doktor. Kiedy Chanyeol odetchnął z ulgą, czuł, jakby puścił wszystkie ciężary, które go trzymały. – Potrzebuje tylko dużo odpoczynku. Miał wiele szczęścia, że kula nie trafiła w serce i przybył w samą porę. Kiedy go odwiedzisz, nie budź go. Nie będziesz mógł go odwiedzać przez następny tydzień.
– To… – Chanyeol nie mógł dokończyć, co mówił, bo czuł ulgę nie do opisania. Nawet jeśli nie będzie mógł oglądać Baekhyuna przez miesiąc albo rok, albo dziesięć lat, albo nawet już nigdy, cieszył się, bo Baekhyun miał się dobrze.
Baekhyun miał się dobrze.
I przysięgał, że jeśli Baekhyun będzie miał się dobrze przez resztę życia, to Chanyeol już nigdy nie będzie prosił o nic więcej.








Usłyszał to, zanim zobaczył.
Ciche szepty brzęczały nad nim. Równomierne uderzenia maszyny, która zdawała się odpowiadać biciu jego serca. A potem:
Tak, kurwa, wygrałem to! – wrzasnął Tao.
– Chyba śnisz!
– Cii! – Wszystko znowu ucichło i wrócili do szeptania. Ale spokój już zniknął.
– Jesteście bardzo głośni – powiedział i otworzył oczy. – Nie mogę spać.
Dziesięć par oczu odwróciło się, by na niego spojrzeć.
– OBUDZIŁEŚ SIĘ! – krzyknęli, rzucając się w stronę łóżka, talia kart została zapomniana i zostawiona. Nie przytulili go, ponieważ bali się, że zrobią mu krzywdę. Kiedy próbował usiąść, potrząsnęli głowami, mówiąc mu, by się nie ruszał. Yi Xing przesunął się i wcisnął guzik, a Baekhyun poczuł, jak łóżko się rusza i pomaga mu usiąść. W tym czasie wszystko było szaleństwem.
– Ty idioto!
– Tak się martwiliśmy!
– Prawie przyprawiłeś nas o atak serca!
– Baekhyun, ty pojebie!
– Tak bardzo się bałem!
Zamrugał na wszystkich przyjaciół. Chen miał rozciętą wargę, Kyungsoo zabandażowaną rękę, Sehuna zabandażowaną głowę, a Yi Xing opuchniętą twarz. Tao wydawał się być w porządku tak samo jak Joonmyun i Minseok. Lu Han i Jongin wyglądali dobrze, jeśli nie widział, jak kuśtykają w jego stronę, Jonginowi pomagał Kyungsoo.
– Co się wam wszystkim stało? – spytał. Przewrócili oczami.
– Przybyliśmy, by cię ratować, oczywiście! – wyjaśnił Yi Xing. Wszyscy się zaśmiali. Baekhyun zmarszczył brwi.
– Och, nie patrz tak na nas. – Chen przewrócił oczami. – Od czego nas macie, dzieciaki? My też jesteśmy facetami, też umiemy robić różne rzeczy!
– Właśnie – dodał Sehun. – Ale wy zawsze wszystko trzymacie dla siebie-
– I nigdy nie pozwalacie, żeby ktoś wam pomógł – wtrącił Lu Han.
– To czas, byście wzięli nas pod uwagę jako przyjaciół – powiedział Kyungsoo. Choć wszyscy wyglądali na zmęczonych, biła od nich jasność. Może to zasługa ich uśmiechów.
– Och, a ten sukinsyn Joo stanie przed sądem – powiedział Jongin. – Nie mogę uwierzyć, że jeszcze nie siedzi w więzieniu.
– To dlatego, że jest bogaty, wynajął prawnika i stwierdził, że to niesprawiedliwe. – Minseok westchnął. Wszyscy mieli w oczach pewną nienawiść. Było coś dodatkowego, co mówiło Baekhyunowi, że jakimś cudem wiedzą o jego przeszłości. Jego serce zatrzymało się na moment, a twarz zarumieniła. Miał nadzieję, że się myli. Chociaż ufał im i zaakceptował swą przeszłość, nadal była to część jego, która go zawstydzała.
– Czy wy… czy wiecie, co nam się przydarzyło? – zapytał cicho. – Między mną a nim? – Zamrugali na niego z zaskoczeniem.
– O czym ty mówisz? – Dziesięć par oczu zamrugało na niego niewinnie, ale w ich spojrzeniach było coś znaczącego. Zanim Baekhyun się zorientował, poczuł ciepło dodane przez kolejne ciepło dodane przez kolejne ciepło dodane przez kolejne ciepło dodane przez kolejne ciepło dodane przez kolejne ciepło dodane przez kolejne ciepło dodane przez kolejne ciepło dodane przez kolejne ciepło dodane przez kolejne ciepło. To musiał być największy uścisk, w jakim Baekhyun kiedykolwiek był i nigdy nie sądził, by było to możliwe, ale właśnie się działo. Baekhyun uśmiechnął się i zamknął oczy, tuląc się do nich, był wdzięczny, że ma takich przyjaciół.
– Gdzie jest Jungsoo? – zapytał, gdy się odsunęli. Tak naprawdę rozglądał się, odkąd otworzył oczy.
– Och, bierze udział w procesie jako ktoś, kto przedstawia dowody – powiedział Joonmyun.
– Chanyeol też tam jest, w charakterze świadka – dodał Kris. Tajemniczy uśmieszek przemknął przez wszystkie ich twarze.
– Nie udawaj. – Tao zachichotał, szturchając Baekhyuna łokciem.
– Przez cały czas, jak z nami rozmawiałaś, rozglądałeś się. – Sehun uśmiechnął się złośliwie.
– Wiemy, kogo szukasz. Nie ukryjesz tego przed nami. – Lu Han puścił oczko. Baekhyun zarumienił się, ale nie zaprzeczał.
– Nie martw się – powiedział cicho Kyungsoo. – Kiedy nie było go w sądzie, próbując wsadzić tego pojeba do więzienia, był tu z tobą przez cały czas.
– W końcu się martwił. – Jongin uśmiechnął się do Kyungsoo. – Przecież ryzykował dla Baekhyuna życiem, prawda?
– A Baekhyun ryzykował swoim życiem dla Chanyeola, prawda?
– Ooooooooooj… – zagruchali wszyscy. Wkurzony (i speszony) Baekhyun ukrył się pod kołdrą.
– Nie chcę was już widzieć. Wynocha – poskarżył się. Przyjaciele zignorowali go.
– A tak w ogóle to Chanyeol jest teraz bogaty, prawda? – powiedział Sehun.
– Tak! Ponieważ jest pełnoprawnym właścicielem jakieś niesamowitej firmy biżuteryjnej! – pisnął Tao.
– Moja mama uwielbia tę markę! – dodał Minseok, śmiejąc się.
– Zasługuje na to – powiedział cicho Baekhyun. Wszyscy uśmiechnęli się, widząc uśmiech na twarzy Baekhyuna.
– NIE MOGĘ TEGO DŁUŻEJ ZNIEŚĆ! – krzyknął Kris, wyszedł na przód, trzymając Joonmyuna za rękę. – WIDZIELIŚCIE MOJEGO MYEONNIEGO? KIEDY SKOPAŁ JAJA TAMTYM GOŚCIOM-
– Dobra, dobra. – Inni odepchnęli go.
– Panuj nad swoim facetem, Joonmyun. – Minseok przewrócił oczami.
– Wyglądał dobrze, kiedy zmiażdżył ich twarze dłońmi – mruknął Joonmyun, rumieniąc się z zażenowania, lecz uśmiechając się z dumą. Kris podniósł się z ziemi i objął Joonmyuna ramionami, uśmiechając się jak szaleniec. – Wszyscy zakrztusili się. Potem nagle wstał Chen. Wszyscy zrobili to samo. Zdezorientowany Baekhyun zamrugał.
– Zostawimy cię teraz samego – powiedział Chen, wyprowadzając wszystkich. – Twoi rodzice jadą.
– Rodzice? – Baekhyun uniósł brew. Chen uśmiechnął się bezczelnie. – Tak czy inaczej dzięki, chłopaki.
– Och, nie wspominaj o tym. – Wszyscy złapali się za twarze w kpiącym zażenowaniu, wychodząc jak zawstydzone, mile połechtane staruszki. Baekhyun zachichotał, jego serce rosło. Yi Xing nadal pozostawał z tyłu, patrzył na kwiatki. Baekhyun patrzył, jak Kyungsoo podchodzi, by podać Jonginowi kule. Uśmiechnęli się do siebie, gdy Kyungsoo pomagał niższemu. Yi Xing zauważył jego pytające spojrzenie.
– Och. – Yi Xing pochylił się. – Kiedy bili się z tymi złymi kolesiami, któryś z nich chciał uderzyć Kyungsoo, ale Jongin usiłował go odciągnąć. Ten facet bardzo się wkurzył i uderzył go w kolano metalową pałką. – Baekhyun skrzywił się. – Tak. Długo rozmawiali, kiedy miałeś operację. Myślę, że po tym coś się między nimi wydarzyło.
– Cieszę… się… – wykrztusił Baekhyun, próbując nie myśleć o bólu, jaki może to wywołać. Yi Xing uśmiechnął się ładnie.
– Pójdę już. Do widzenia! – Potem wyszedł.
Kiedy wyszedł, drzwi znów się otworzyły. Baekhyun wzdrygnął się z zaskoczenia.
– Baekhyunnie! – Mama Chanyeola pospieszyła do niego. – Och, Baekhyunnie!
– Pani Im. – Zamrugał. A więc to o tym mówili? Pan Im wszedł do środka, jego oczy były szeroko otwarte ze zmartwienia.
– Tak bardzo się martwiliśmy, Baekhyun-ah! – Pani Im pospieszyła ze łzami w oczach. – Bardzo!
– Chanyeol… on ma się dobrze – powiedział cicho Baekhyun, uśmiechając się. Pani Im zmarszczyła brwi, wycierając szaleńczo łzy.
– Słucham? – Fuknęła. Baekhyun znowu zamrugał, zbity z tropu. – Kogo obchodzi w tej chwili ten dzieciak, oczywiście bardziej martwiliśmy się o ciebie.
– Właśnie! – zgodził się z entuzjazmem pan Im. – Jak się masz, synu?
– Och. – Baekhyun znów poczuł, jak jego serce rośnie. – Dobrze.
– Nie ruszaj się zbyt wiele, kochanie – powiedziała pani Im, delikatnie poklepując Baekhyuna po ramieniu. – Nie chcemy, żebyś coś sobie zrobił.
– Jak wy, dzieci, mogliście wplątać się w coś tak niebezpiecznego? – huknął pan Im. – Mogliście umrzeć.
– Jesteście idiotami – załkała pani Im. – Myślałam o pełnej rodzinie do końca tego roku. Myślałam… że kiedy Yoora weźmie ślub, a ty zejdziesz się z Chanyeolem, myślałam, że w końcu spełnię swoje życiowe cele… – Łkała jeszcze bardziej. – Myślałam, że was straciłam.
– Przyjechaliśmy tu tak szybko, jak mogliśmy – rzekł pan Im. – W końcu nie mieszkamy tak daleko…
– Dziękuję – powiedział cicho Baekhyun, uśmiechając się. – Za odwiedzenie mnie.
– O czym ty mówisz, głuptasie? – załkała pani Im. – Oczywiście, że byśmy cię odwiedzili! Utknęliśmy tu, wiesz. Powiedzieliśmy Chanyeolowi, że nie wracamy do domu, a ten głupi chłopak zarezerwował nam hotel w pobliżu. – Pociągnęła nosem. – Tylko dlatego, że teraz jest bogaty i w ogóle.
– Chcieliśmy być przy tobie każdego dnia, dopóki nie będziesz mógł wyjść – powiedział pani Im z uśmiechem. – A także chcieliśmy ci podziękować.
– Tak, o tak! – wykrzyknęła pani Im, wycierając gorączkowo łzy. – Dziękujemy. Bardzo dziękujemy za chronienie Chanyeola.
– Uratowałeś mu życie, chłopcze – powiedział ponuro pan Im. – Byłeś bardzo odważny. – Baekhyun zarumienił się z zażenowania na ten komplement.
– Tak, byłeś – odezwał się nowy głos. Baekhyun podniósł wzrok i ujrzał stojącego w progu Lee Mansu, w jego oczach tkwił delikatny wyraz. Podszedł do Baekhyuna i wyciągnął odzianą w rękawiczkę dłoń. Baekhyun uścisnął ją nieco zakłopotany. – Dziękuję za to, że chroniłeś pana. Gdyby nie ty, mógłbym go nigdy nie znaleźć.
– Ja-
– Na zewnątrz jest ktoś, kto czeka, by cię zobaczyć, ale nie był pewien, czy powinien wejść – oznajmił Lee Mansu. – Krąży dookoła przez długi czas i ciągle mamrocze do siebie-
– Nie może wejść? – Baekhyun zamrugał. Chanyeol się o mnie boi? Z jakiego powodu. – Niech wejdzie!
– Powtarzałam mu to – szepnęła pani Im do swojego męża. – Mówiłam mu, że Baekhyun nie będzie miał nic przeciwko, ale patrzcie go, krąży wokoło, jakby tu nie pasował.
– Zawołam go – powiedział Mansu, podchodząc do drzwi. – I tak muszę już iść. – Potem otworzył drzwi i zamknął je za sobą.
– Nie obwiniaj go – powiedziała cicho pani Im. – Wini się za to. – Potem chwyciła swojego męża i uśmiechnęła się słodko. – Pójdziemy już, kochanie. – Pani Im pospieszyła do drzwi, a potem w ostatniej chwili się odwróciła. – Och, mów do mnie „mamo”!
Baekhyun zaśmiał się, gdy drzwi się zamknęły. Już czuł się zmęczony i nie wiedział dlaczego. Z jakiegoś powodu towarzystwo ludzi, o których się troszczył i przy których się rozluźniał sprawiało, że całkowicie zapominał o ranie, ale kiedy został sam, poczuł ból.
To był bolesny postrzał. Prawdopodobnie najbardziej bolesne odczucie fizyczne, jakie kiedykolwiek czuł. Kiedy wszedł w przebraniu kogoś innego, nigdy nie spodziewał się, że będzie mógł uratować Chanyeola przed Joo Sungiem. W końcu to był on (i może Chanyeol) przeciwko wielu uzbrojonym mężczyznom. Serce po prostu podpowiadało mu Musisz chronić Chanyeola, nieważne co.
To koniec twoich dni jako Park Chanyeola.” Joo Sung schował telefon do kieszeni. Jego ręka spoczywała za długo. Właśnie wtedy Baekhyun zrozumiał, dlaczego Joo Sung trzymał broń w swej posiadłości.
Nie myśląc, nie bojąc się nawet, Baekhyun zaufał sobie przed Chanyeolem w chwili, kiedy wiedział, że Joo Sung zamierza strzelić. W głowię przez chwilę rozważał opcje – nieznośny, lecz krótkotrwały ból postrzału czy nieznośny ból, z którym musiałby sobie radzić, gdyby przez resztę życia nie było Chanyeola?
Nawet nie musiał nad tym myśleć.
Ból wybuchł w jego ciele, ale może Bóg był milszy, ponieważ upadł prosto na Chanyeola. Z jakiegoś powodu w czasie najboleśniejszego momentu czuł tylko szczęście. Pamiętał, że trudno było mu oddychać i być skupiony, ale chęć zobaczenia Chanyeola jako ostatniego obrazu w myślach była tym, co trzymało go przy życiu. Chanyeol płakał w tak atrakcyjny sposób, ale bolesny grymas na jego twarzy sprawił, że jego oszołomione serce waliło ze smutkiem. Chciał, by Chanyeol uśmiechnął się do niego, nim odejdzie. Chciał upewnić się, że Chanyeol będzie bez niego szczęśliwy. Bo w tamtej chwili był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Z Chanyeolem, który chciał zostać z nim do ostatniego momentu, nie mógł prosić o nic więcej. Rozumiał życzenia Chanyeola, rozumiał je bardziej niż ktokolwiek, a jednak wciąż sprawiały, że był trochę smutny. Ale z kogo on żartował? Przez ostatnie kilka miesięcy był tak szczęśliwy, że nie mógł tego nikomu opisać, nawet nie Chanyeolowi. Był tak szczęśliwy, że miał nadzieję, iż Chanyeol będzie mógł to zobaczyć, nie musząc o tym słyszeć. Był tak szczęśliwy, że nawet gdyby umarł wcześnie, wiedział, że nie żałowałby niczego.
Był tak szczęśliwy, ponieważ w końcu wiedział, że zasłużył na szczęście.
Był tak szczęśliwy, ponieważ w końcu wiedział, że był coś wart.
Był tak szczęśliwy, ponieważ w końcu zrozumiał, że nie zasłużył na ból. Był tylko kimś, kto stracił siebie, ale siebie odnalazł.








Wreszcie drzwi otworzyły się, ale było to łagodne, niemal nieśmiałe. Baekhyun podniósł wzrok, uśmiechając się, czekał, aż jego kochanek wejdzie do środka (byli teraz kochankami, prawda?)
W zamian jego twarz spochmurniała, kiedy zobaczył, kto tam jest.
Jego ojciec.
– Baekhyun? – zawołał bojaźliwie pan Byun. Usta Baekhyuna otworzyły się, chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. Nigdy się tego nie spodziewał. W końcu jego ojciec nigdy nie pokazał, że się przejmuje, kiedy Baekhyun był tu ostatnim razem.
– P-Przepraszam, Baekhyun, ale chciałem cię zobaczyć – powiedział pan Byun, robiąc kolejne kroki powoli i ostrożnie. Baekhyun zamknął usta, milczał. – M-Myślałem… po tym wszystkim… Nie będziesz mnie tu chciał… – Potem jego ojciec usiadł obok niego, nadal był podenerwowany. Wyglądał, jakby nie spał od kilku dni.
– Przepraszam, synu. Te kilka lat temu… To była moja wina – powiedział cicho. Poczucie winy było wypisane na całej jego twarzy. – To wszystko była moja wina. Byłem dupkiem. Byłem najgorszym ojcem, jakiego mogłeś mieć. – Pan Byun wyciągnął dłoń, ale wahał się, a potem cofnął ją, obie spoczywały na brzegu materaca. – Byłeś wtedy najbardziej narażony, a ja… ja… ja się bałem. Bałem się o siebie, o moją reputację. Myślałem tylko o sobie.
– Dlatego całkowicie rozumiem, jeśli chcesz, bym wyszedł, ale… ja naprawdę chciałem cię zobaczyć. Ch-Chciałem, żebyś wiedział, że nigdy nie byłeś problemem, to ja nim byłem. Chcę… chcę, żebyś wiedział, że tak naprawdę mnie obchodzisz, nieważne, jak traktowałem cię w przeszłości. – W oczach pana Byun były łzy. – Nie musisz mi wybaczać, synu… B-Baekhyun, ale… chciałem tylko…
– Dziękuję, tato – powiedział cicho Baekhyun. Pan Byun zatrzymał się, zamrugał na niego, łzy spłynęły po jego policzkach. – Za to, że mnie odwiedziłeś. – Jakby chciał podkreślić sens swoich słów, Baekhyun wyciągnął odważnie dłoń i ujął nią dłoń swego ojca. Pan Byun zająknął się, spoglądając na ich złączone dłonie, a potem z powrotem na syna. Baekhyun widział zmarszczki swojego taty oraz siwe włosy, które zaczynały uwidaczniać się na jego głowie. Od kiedy jego ojciec tak bardzo się postarzał?
Kiedy ostatnio uważnie patrzył na ojca?
– Baekhyun… – zaszlochał pan Byun. – B-Baekhyun…
– Przepraszam, że byłem beznadziejnym synem – wyszeptał Baekhyun, ale nawet gdy to zrobił, jego serce rosło. Bardzo.
– Ja… Tak bardzo się bałem, że… – Zdania pana Byun były urywane i łamiące się. – Słyszałem i… ja… natych-natychmiast przybyłem i… i tak bardzo się bałem…
– Byłem… byłem przerażony, że… że cię stracę, zanim miałem czas… miałem czasy, by spłacić dług… – ciągnął pan Byun, czkając pomiędzy kolejnymi słowami. – Chciałem… W samolocie myślałem jedynie o… że nie traktowałem cię dobrze i że… że choć musiałeś być tak… cholernie samotny i… tak bardzo cierpiałeś i byłeś bezbronny… nie zrobiłem kompletnie nic… nie zrobiłem kompletnie nic… Troszczyłem się tylko o… o siebie i… mój syn został… został ofiarą jednego z… najgorszych przestępców, a ja… a ja… miałem nadzieję, że media nie podchwycą… – Baekhyun słuchał w milczeniu. Z jakiegoś powodu jego ojciec zdawał się cierpieć bardziej niż on. Może to dlatego, że Baekhyun uwolnił się od tego rok temu, a jego tata wstrzymywał to do tej pory.
– Wybaczam ci – powiedział Baekhyun. Gdy pan Byun podniósł wzrok, jego oczy były czerwone i spuchnięte tak jak i jego, uśmiechnął się. – Wybaczam ci. Nie myślmy już o tym.
Nie wiedział, jak odważny był. Nie wiedział, że wybaczanie zawsze będzie odważniejszym wyczynem niż wstrzymywanie, ale w tamtej chwili Byun Kangmin zobaczył to.
Zobaczył, jak silny jest jego syn.
– Kocham cię, synu – powiedział pan Byun drżącym głosem. – Kocham cię…
Baekhyun zaakceptował to, przypomniał sobie, że wszyscy jego przyjaciele, rodzice Chanyeola i jego własny tata przyjechali, by go odwiedzić… Nie tylko, by go odwiedzić, ale by spojrzeć na niego z troską, czekali, by go zobaczyć, byli przy nim, choć był nieprzytomny, rzucili wszystko i przybyli, gdzie on jest. Widział to wszystko.
I nigdy nie czuł się bardziej kochany niż w tamtej chwili.








W końcu jego ojciec został zmuszony do wyjścia, bo pielęgniarka powiedziała, że pacjent jest zmęczony. Chociaż Baekhyun kłócił się, że ma się dobrze, pielęgniarka nalegała i wyciągnęła pana Byun. Kiedy wyszedł, Baekhyun zrozumiał, o czym mówiła. Jego oczy powoli się zamykały, kiedy zsuwał się na łóżko. Nie wiedział, że ta rana będzie sprawiała, że tak szybko się zmęczy.
Powoli zapadał w stan nieświadomości.
Między snem a rzeczywistością ledwie usłyszał dźwięk otwieranych drzwi w najdalszych zakamarkach swej świadomości. Usłyszał poruszenie, głośne kroki i coś głucho opadającego na ziemię. Usłyszał więcej ruchu, więcej kroków, a potem skrzypienie łóżka.
Wszystko to przyjął z rezerwą jako rzeczy, które zauważał, ale nie przejmował się nimi i natychmiast wymazał je z głowy. Ale kiedy poczuł pocałunek w czoło, łagodny i słodki, wiedział, kto to.
Otwierając oczy, Baekhyun zauważył twarz Chanyeola blisko swojej, duże oczy zamrugały niewinnie, a usta rozciągnęły się w uśmiechu.
– Nie chciałem cię obudzić – powiedział cicho Chanyeol i chociaż brzmiał, jakby czuł się winny, brzmiał także na bardzo podekscytowanego. Baekhyun uśmiechnął się. Chanyeol miał na sobie drogi garnitur, jego włosy były zaczesane do tyłu na żel. Miał lekko rozwiązany krawat, kołnierzyk w nieładzie, ale z jakiegoś powodu to dodawało więcej uroku, który zdawał się wypływać z ciała Chanyeola.
– Przepraszam, Yeol – wyszeptał Baekhyun, chciał wyciągnąć dłoń i rozczochrać te czarne włosy. Chanyeol przycisnął czoło do czoła Baekhyuna. Przepraszam za wszystko, co zrobiłem.
– Nie mów nic – mruknął Chanyeol. – To ja powinienem być tym, który-
– Zamknij się – przerwał Baekhyun. „Przepraszam, że sobie poszedłem.” Mógł usłyszeć, jak to wymyka się z zamkniętych ust Chanyeola. Chanyeol przestał i zachichotał. Baekhyun zamknął oczy, wsłuchując się w dźwięk, za którym tak bardzo tęsknił.
–…Przepraszam – wydyszał Baekhyun, kiedy Chanyeol podniósł jego ciało z wielką delikatnością i troską, a kiedy otworzył oczy, zobaczył, że Chanyeol wpatruje się w niego intensywnie.
– Za co? – Chanyeol pochylił się niżej, jakby tym razem słuchał chętnie.
– Za to, że nie poszedłem na koncert – powiedział, lekki grymas wisiał na jego ustach.
– Ty idioto. – Ciepła dłoń Chanyeola ujęła jego policzek i nieświadomie wtulił się w nią. – Jeśli jesteś bezpieczny, nic więcej mnie nie obchodzi. – Baekhyun zamknął oczy, czując szorstkość skóry Chanyeola.
– Och! – wykrzyknął nagle Chanyeol, strasząc Baekhyuna. Patrzył, jak wyższy cofa dłoń, by zakryć usta, skulił się, rozglądając na wypadek, gdyby ktoś go usłyszał. Kiedy nic takiego się nie stało, Chanyeol zabrał dłoń, pochylił się z błyszczącymi oczami. – Ten pojeb został skazany na dożywocie za kradzież, usiłowanie zabójstwa i za prawdziwe zabójstwo, a to i tak nie wszystko, co zrobił. Możesz w to uwierzyć, Baek? Zamordował kilka osób wcześniej… Tak czy inaczej dopuścił się większej ilości przestępstw-
– Fuj – przerwał Baekhyun. Chanyeol zamrugał i spojrzał na niego dziwnie.
– Słucham? – wypalił zdezorientowany.
– Tak naprawdę nie obchodzi mnie, co się z nim dzieje – powiedział Baekhyun. – Czekaj, niech to sparafrazuję. Ilość rzeczy w moich dłoniach jest równa temu, jak bardzo się przejmuję. – Uniósł puste dłonie i uśmiechnął się. Potem wyciągnął rękę i złapał krawat Chanyeola, przyciągając go blisko, aż byli oddaleni o kilka centymetrów. – Ale naprawdę obchodzi mnie, jak przystojnie teraz wyglądasz. – Miał uniesione brwi i uśmiechał się znacząco.
Chanyeol przełknął ślinę, a Baekhyun był tak blisko, że widział, jak porusza się u Chanyeola jabłko Adama.
– Podrywasz mnie? – wydyszał w końcu Chanyeol, jego urocze uszy zaczerwieniły się.
– Może – droczył się Baekhyun, jego serce zatrzymało się na chwilę. Chciał znów sprawić, by to było oficjalne. Chociaż teraz było jasne, czym byli, chciał to powiedzieć. Wziął głęboki oddech. – Chanyeol, czy-
– Spotykaj się ze mną znowu, Baek – powiedział szybko Chanyeol. Baekhyun zamrugał zaskoczony.
– Hę?
– Umawiaj się ze mną! – powiedział zawzięcie Chanyeol z różowymi policzkami. – Ja… ostatnim razem, to ty mnie zapytałeś, więc pomyślałem, że to czas, bym był nieco bardziej męski.
– To nie pytanie, Chanyeol. – Baekhyun uniósł brew.
– W porządku. – Chanyeol odetchnął ciężko, a potem znowu spojrzał Baekhyunowi w oczy. Śmieszne było to, jak podenerwowany był Chanyeol, biorąc pod uwagę, że robili prawie wszystko razem i dla siebie. – Czy będziesz spotykał się- – Baekhyun podniósł się i pocałował Chanyeola w usta, ciągnąc jego krawat, by sobie pomóc. Kiedy się odsunął, opadł na łóżko, dysząc. To bolało, kurwa!
– Czy to… wystarczająco dobra odpowiedź? – wydyszał, łapiąc się za klatkę piersiową i krzywiąc. – Kurwa…
– Ty idioto! – wykrzyknął Chanyeol, gorączkowo wyciągnął dłonie, żeby pomóc, ale tak naprawdę nic nie zrobił. Baekhyun wydał z siebie stłumiony chichot na to, jakim idiotą jest Chanyeol, ale wtedy Chanyeol pochylił się i chwycił usta Baekhyuna swoimi, przeczesując palcami jego włosy. Baekhyun odwzajemnił pocałunek, chcąc więcej, lecz Chanyeol uniósł głowę i rozdzielił ich wargi, uśmiechając się jak szaleniec. Znowu się pochylił, przygotowując się, by pochwycić wargi Baekhyuna, a Baekhyun tego wyczekiwał, zamknąwszy oczy, ale kiedy ich usta już miały się zetknąć, Chanyeol kolejny raz uniósł głowę, śmiał się, wykorzystując tę okazję.
– Ty dupku – mruknął Baekhyun, nadal trzymał się za pierś i życzył sobie, by mógł przezwyciężyć ból tylko po to, by uderzyć wyższego. Chanyeol śmiał się jeszcze przez chwilę, ale potem objął swymi długimi ramionami Baekhyuna i przytulił go. Nie ściskał go mocno jak zwykle, a choć Baekhyun wiedział, że sprawi mu to ból, chciał poczuć tę bliskość ponownie.
– Byłeś bardzo silny – wyszeptał Chanyeol. – Ale nie musiałeś robić wszystkiego sam, wiesz? – Baekhyun uśmiechnął się i schował twarz w sztywnej szyi Chanyeola, wdychając zapach wanilii i jabłek.
– Uratowałeś mnie, Baek… – Głos Chanyeola załamał się. – Uratowałeś mnie…
Chanyeol tego nie chciał. Choć był za to wdzięczny, Chanyeol nigdy nie chciał, by Baekhyun ryzykował w ten sposób. Nigdy nie chciał czuć bólu, który nadszedł potem, kiedy wiedział, że Baekhyun umiera w jego ramionach. To było przerażające i kiedy zamykał oczy, zawsze przypominał sobie bladą twarz Baekhyuna i jego bezwładne ciało. To go przerażało i przez poprzednie kilka dni aż do dziś miał koszmary, był przerażony, że kiedy następnego dnia się obudzi, coś stanie się Baekhyunowi i będzie leżał na podłodze tak jak tamtego dnia na kolanach Chanyeola.
A teraz, gdy zamknął oczy, łzy spłynęły i zostawiły ślad na jego policzkach. Drżał, ale odpychał to, bojąc się, że zmartwi drugiego.
– To ty uratowałeś mnie. – Wydobył się w zamian cichy głos Baekhyuna. Chanyeol przytulił go odrobinę mocniej, nie chcąc skrzywdzić ukochanego, ale był zaskoczony słowami swego chłopaka. – To ty uczyniłeś mnie silniejszym, Chanyeol. Właśnie dlatego byłem w stanie tego dokonać, udawać, że jestem kimś, kim nie byłem, zostawić wszystko, o co się troszczyłem dla kogoś, kogo nienawidziłem. Widzisz, nigdy nie byłem sam. – Baekhyun lekko odepchnął Chanyeola, ale Chanyeol go nie puścił. Nie chciał puszczać, było wiele powodów, dla których nie chciał tego robić. – Zawsze tu byłeś, Chanyeol… Twoje słowa zawsze były w moim sercu. Kiedy się bałem, myślałem o tobie i o twoich słowach, twoim dotyku oraz o szczerości i determinacji w twoich oczach, i przełykałem swój strach. – Baekhyun znów go odepchnął, ale Chanyeol przytulił go mocniej i pewniej, bojąc się, że jeśli puści i spojrzy Baekhyunowi w oczy, będzie płakał bardziej, ponieważ prawie go stracił. W zamian zamknął oczy i skupił się na tym, jak to jest mieć Baekhyuna w ramionach oraz na głosie Baekhyuna w jego uszach. Zamknął oczy i brał małe, ciche oddechy, próbując mruganiem odpędzić łzy. – Kiedy chciałem się poddać albo upaść, myślałem o twoim uśmiechu i o tym, jak silny byłeś przy własnych problemach… że byłeś sierotą… że nie byłeś pewny siebie z tego powodu… i wtedy miałem siłę, by znów się pozbierać. – Tym razem Baekhyun popchnął go mocno i sapnął z bólu. Chanyeol natychmiast go puścił, chwytając ramiona Baekhyuna na wypadek, gdyby upadł. Trzymał go mocno, ale delikatnie i w końcu pozwolił Baekhyunowi pochwycić i utrzymać jego spojrzenie.
– Nie widzisz, Park Chanyeol? – Oczy Baekhyuna błyszczały. – Zawsze byłeś moją siłą. Kiedy… Kiedy widziałem filmy ze sobą… Z wtedy, to bolało. Tak bardzo bolało… ale skąd miałem siłę i wolę, by oglądać dalej? Tak łatwo było to przerwać, ale brnąłem dalej dzięki tobie. Dzięki tobie, który zadał sobie trud, by zobaczyć mnie nie tylko powierzchownie. Dzięki tobie, który nieświadomie pozwolił mi opowiedzieć ci o wszystkich moich problemach, żebym przestał dusić się przez cały czas. Dzięki tobie, Park cholerny Chanyeolu, bo sprawiłeś, że znów uwierzyłem, kiedy byłem na krawędzi zatracenia się w ciemności. Ponieważ pokazałeś mi, że ten świat nie składa się tylko z nienawiści, zdrady, samolubstwa i seksu. Sprawiłeś, że uwierzyłem w siebie. Ty… sprawiłeś, że pokochałem siebie. Uratowałeś mnie dawno temu, a ja nie mógłbym zrobić tego wszystkiego… gdyby nie ty.
Chanyeol obserwował Baekhyuna, patrzył, jak nadal mówił, choć wyraźnie męczyło go mówienie tak dużo, wypychał każde słowo tak naturalnie, jakby zawsze leżało na jego ustach, jakby wyrażanie siebie było czymś, w czym zawsze był dobry. Choć się rumienił, choć wiedział, że to, co mówi, jest tandetne, nadal to mówił, ponieważ było prawdziwe, szczere i uczciwe.
– Nie… – wydyszał Chanyeol. To prawda, że widział duszę Baekhyuna. To prawda, że widział jego siłę, ale uznawał zasługi złej osoby. – Zrobiłeś to wszystko sam, Baekhyun. – Baekhyun zmarszczył brwi, ale Chanyeol jeszcze nie skończył. Uśmiechnął się, bo Baekhyun błyszczał i to tak bardzo, że Chanyeol nie sądził, by światło kiedykolwiek było przygaszone.
– Ja tylko pokazałem ci drogę.








Baekhyun uśmiechnął się, roześmiał, kiedy Chanyeol rozglądał się gorączkowo, a potem z bezczelnym uśmiechem na ustach wspiął się na szpitalne łóżko i na Baekhyuna. Patrząc zwycięsko, jakby to był jakiś niesamowity wyczyn, wyższy pochylił się i pocałował Baekhyuna w czubek głowy.
Chanyeol przytulił go, a uścisk ten był o wiele wygodniejszy, bo byli teraz w lepszej pozycji. Kiedy Chanyeol go tulił, Baekhyun zamknął oczy i odwzajemnił uścisk, czując bliskość, czując ochronę, czując bezpieczeństwo, czując ciepło tego wszystkiego.
Prawie jak to, czego brakowało mu przez całe życie.
– Jestem w domu – powiedział Baekhyun, zamykając oczy i wtulił się w serce, które było piersią Chanyeola.
– Hę? – Chanyeol był zdezorientowany, ale nie puścił. Baekhyun zaśmiał się – głośno, żywo.
– Jestem w domu! – krzyknął, choć zabolała go od tego klatka piersiowa, a kiedy głęboki śmiech Chanyeola zadudnił w jego piersi tak, że uderzyło w strunę w sercu Baekhyuna, Baekhyun wiedział, że żadne miejsce nigdy nie było lepsze niż to.




A/N: Jejku! To już koniec. Aż sama nie wiem, co powinnam napisać. Oczywiście TFIPC nie było tak długie jak TFIBB, więc nie czuję tego samego co wtedy, gdy dodawałam ostatni rozdział pierwszej części, jednak nadal ogarnia mnie jakaś pustka. Hm, miło mi, że nadal tu zaglądacie, że ktoś czeka/czekał, że są jakieś komentarze. Jak pewnie wszyscy już wiedzą (albo jeszcze nie) autorka skasowała swoje opowiadania z aff, więc nie ma odnośników do oryginalnych rozdziałów lub takowe nie działają. Nie wiem, czy kiedykolwiek je przywróci, w każdym razie ja nie zamierzam usuwać swoich tłumaczeń. Nie ma to żadnego sensu, może ktoś kiedyś będzie chciał to jeszcze przeczytać.
Niektórzy może zastanawiają się, co będzie dalej. Sama jeszcze nie wiem. Aktualnie jestem w trakcie tłumaczenia dosyć długiego one shota, ale nie wiem, kiedy on się tutaj pojawi. Mam przetłumaczone jakieś 45/166 stron, a zbliżają się zaliczenia, sesja, moja beta też studiuje i dodatkowo pisze pracę, więc nie mogę jej zbytnio obciążać. Może prędzej coś znajdzie się na moim głównym blogu, chociaż z pisaniem swoich "tworów" też mam ostatnio problem.
Tak czy inaczej chcę jeszcze raz wszystkim podziękować za miłe słowa i za wchodzenie tutaj, to zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Jeśli chcecie poczytać więcej zapraszam tu lub tu, a jeśli ktoś ma jakieś pytania, prośby czy cokolwiek innego, może zajrzeć na Twittera lub kotka
Bardzo przepraszam za opóźnienie oraz za brak akapitów z powodów technicznych. Komputer chyba mi się zepsuł, a na laptopie nie mam Worda i... wygląda to tak, jak wygląda. Przy najbliższej okazji wszystko naprawię! (Edit: Naprawiłam tyle, ile mogłam.)